poprzednie
/archive/:
2008_02
2008_01
2007_12_1
2007_12
2007_11
2007_10
2007_08
2007_07
2007_03
2007_01
2006_9
2006_8
2006_6
2006_5
2006_4
2006_3
2006_1_2
2006_1_1
2006_10
2005_8-11
2005_6
2005_5
2005_4
2005_3
2005_2



wszystkie foty
/all photos/:
2007-12-02
2007-12-01
2007-11-30
2007-11-28
2007-11-25
2007-11-24
2007-11-19
2007-11-18
2007-11-15
2007-11-14
2007-10-29
2007-08-28
2007-08-25
2007-08-20
2007-08-14
2007-07-14
2007-07-04
2007-03-25
2007-03-23
2007-03-22
2007-03-21
2007-03-20
2007-03-18
2007-03-03
2007-03-01
2007-01-01
2006-11-26
2006-11-22
2006-11-21
2006-11-14
2006-10-28
2006-10-08
2006-09-25
2006-09-17
2006-09-12
2006-09-08
2006-08-28
2006-08-24
2006-08-17
2006-08-15
2006-08-10
2006-08-08
2006-08-01
2006-07-23
2006-06-26
2006-04-09
2006-03-31
2006-03-15
2006-03-10
2006-02-25
2006-01-31
2006-01-27
2006-01-03
2006-01-02
2006-01-01
2005-12-31
2005-12-30
2005-10-22
2005-06-26
2005-06-25
2005-06-19
2005-06-19
2005-06-17
2005-06-15
2005-06-12
2005-06-10
2005-06-10
2005-06-07
2005-06-06
2005-05-28
2005-05-07
2005-04-30
2005-04-30
2005-04-25
2005-04-24
2005-04-21
2005-04-10
2005-04-02
2005-03-27
2005-03-26
2005-03-26
2005-03-20
2005-03-19
2005-03-15
2005-03-14
2005-03-12
2005-03-08
2005-03-06
2005-03-05
2005-03-03
2005-02-26
2005-02-20
2005-02-19
2005-02-18
2005-02-17
2005-02-16
2005-02-15
2005-02-14
2005-02-12
2005-02-11
2005-02-10
2005-02-09
2005-02-08
2005-02-08
2005-02-07
2005-02-05
2005-02-04
2005-02-03
2005-02-02

28.02.2005 - 21:11
"welcome to the real world" podrozniku macku... jutro pobudka o 4 a.m. na 6 do roboty i tak cztery razy w tygodniu, pozostale dni na 9, druga robota po poludniu i tak panie do zaje...nia, a na koniec sie okaze ze mnie jednak nie chca... nie, kurde, nie bedzie tak zle, wlasnie znalazlem kolejny znak losu... jak sie nie ma co robic to sie szuka... Daniel, australijczyk ktorego poznalem w Los Angeles, mial czapke smieszna z daszkiem, welniana, z napisem RUSTY... moj flatmate, chyba Anthony, nie wiem, bo znam go tylko jako .... Rusty... tak do niego wszyscy mowia, no i co... normalne to? losowy czlowiek w USA nosi czapke z ksywa mojego przyszlego flatmat'a z Auckland... normalne? standard tak? OK... dobra, wzialem cwiare usypiacza i ide, moze zasne, obym sie tylko obudzil na czas... a BTW, szafka wymieniona, woda juz jest :)

ździcho

 

28.02.2005 - 12:04
a dzisiaj od rana jakis pan walczy z moja szafka pod umywalka w zwiazku z czym nie ma wody... jeszcze chwile i pojade do pracy brudny :-)

 

27.02.2005 - 13:55
chwila przerwy byla ale to za sprawa sporej ilosci wydarzen o ktorych jednak nie bede na razie pisal zeby nie wywolywac wilka z lasu, jak sie rozwinie w dobrym kierunku, to napisze.... wczoraj focilem slub na zlecenie, poza tym pare ujec pomieszczen konferencyjnych na wynajem z ktorymi nie mogli sobie poradzic bo zawsze wychodzily za ciemne... dzisiaj przygotowuje prezentacje "before & after", chyba bedzie dobrze bo sam jestem zadowolony ze zdjec a to sie nieczesto zdaza, poza tym odkrylem na nowo mozliwosci mojej matrycy i mam teraz 1920 x 1200, fonty 150% i wreszcie sa wyrazne i ksztaltne... WUXGA rulez!!!

zdjec wczorajszych ze wzgledu na osoby na nich widoczne na strone wrzucic nie moge, a przynajmniej wole nie ryzykowac, nie znam tutejszych praw... powiem tylko, znowu nieskromnie, ze no, calkiem calkiem, nareszcie ogranicza mnie moja nieudolnosc i brak umiejetnosci a nie sprzet... kilka zdjec, zupelnie przypadkowo powalilo mnie na kolana po obejrzeniu ich na monitorze... tylko RAW i spokojna obrobka...

dzisiaj mamy pool party, BBQ (grill), ogladanie filmow na duzym ekranie i generalny dzien relaxu, ja niestety od rana siedze przed kompem i rzezbie foty coby wygladaly jeszcze lepiej, jutro demonstracja i moze zarobie pierwsze punkty...

a wlasciwie to mam pare fot z drogi, nic specjalnego ale pokaze...

 

24.02.2005 - 23:31
dziekuje tym co pamietali ze jestem Maciej... choc tu mowia mi Matt...

/joke mode on/ i korzystajac z okazji pozdrawiam mame, tate, siostre, ciocie, wujka i znajomych... /joke mode off/

BTW, wlasnie ogladalem jakas... Late night show Davida Lettermana chyba i pokazywali Buscha Dżordża dablju jak wysluchiwal jakiejs kobiety ktorej telewizor nawalal i na spotkaniu z prezydentem skarzyla sie ze nie ma kablowki, ze telewizor zepsuty, ze dzwonila i ze ja zbyli wszedzie... miala okazje zaistniec w TV, blysnac intelektem... no to blysnela... hameryka... jakie spoleczenstwo taki prezydent... itd... ale LA wspominam codziennie z lezka w oku, pewnie kiedys tam wstapie bo cos czuje ze mam tam cos jeszcze do zalatwienia... dzis duzo pracy na szczescie tylko mailowo, jutro osobiscie, pojutrze "fotoszutink"... wybaczcie brak zdjec ale raz ze pada, czasu jakby mniej, nie jezdze za duzo, jak sie uspokoi obiecuje powrot do lepszej formy, i moze zdjecia wreszcie beda sensowne, na razie chaotyczne strzaly, o, to!, jeszcze to!, i to! i tak wale bez zastanowienia i potem Ci biedni ludzie /tak, tak, to do Ciebie drogi czytelniku/ to ogladaja, i potem, a to kolory blade a to zamazane... , malkontenci cholera /to do Ciebie Gosia ;-)/ (a co, moje wydawnictwo, pisze co chce! :-))

Ksiazka na dzisiaj - New Zealand Road Code, trzeba sie znakow i linii nauczyc, a wlasnie, dzisiaj ogladalismy cos w TV, jakis amerykanski film, akcja, kamera w samochodzie, patrzy przez przednia szybe, z przeciwka nadjezdza samochod, lekki luk, brak pasow, szutrowa droga, minal.... standard - nieee, mialem moment gdzie pomyslalem , kurde, zderza sie jak nic, jada pod prad!!! - jechali normalnie, po "naszemu", kurde tydzien jezdze tu samochodem i juz mi sie we lbie poprzestawialo, juz o tym nie mysle, tylko drugiego dnia jazdy w centrum Auckland w nocy mialem przypadek ze jechalem pod prad - puste ulice, nie ma za kim jechac, zorientowalem sie przed skrzyzowaniem jak sygnalizacja swietlna byla nie w ta strone poustawiana, ale to tylko dlatego ze bylo pusto i strasznie uwazalem jak jade, az tak ze wjechalem pod prad na ktoryms skrzyzowaniu, nic sie nie stalo, teraz moja Toyka sama sie prowadzi, tylko kurcze powyzej 100 nie chce jechac, zlom jeden...

 

24.02.2005 - 01:06 - KLEPSYDRA = SINUSOIDA
jesli ktos sie kiedys zastanawial jak sie czuje ziarnko piasku w klepsydrze, zanim trafi w przewezenie, to zapraszam po wrazenia, niestety jestem jeszcze w kolejce, w lejku, czy sie zaklinuje i czas sie zatrzyma, czy przemkne i opadne na wierzcholek gorki piasku jako ostatnie ziarnko, pozostajac na pole position do nastepnego wyscigu...  by pozniej znowu zostac pogrzebanym gleboko pod zwalami piachu, zeby tylko "ktos" nie zapomnial odwrocic czasu... bo w tym sporcie .... wole byc na gorze... kolorowych....

 

23.02.2005 - 12:12
siedze sobie w biurze mojego nowego pracodawcy (moze) pojechal gdzies na pare godzin, powiedzial, zajmij sie czyms, poznaj ludzi, pogadaj, tu masz telefon, tu numery wewnetrzne, przejdz sie, zobacz jak wyglada firma, jestem po kilku rozmowach z roznymi ludzmi, jestem pod wrazeniem roznicy w podejsciu do czlowieka - pracownika tutaj, kobieta ktora przeprowadzala dzisiaj ze mna interview, uslyszawszy co moge robic, jak to wyglada, na szczescie mialem co pokazac, jak uslyszala ze moge pracowac na wlasnym sprzecie - nie musza mi kupowac nic co byloby mi potrzebne do mojej pracy - komp itd. i niekoniecznie potrzebuje duzego biura bo czesc rzeczy moge im przygotowywac gdziekolwiek, sama stwierdzila ze warunki o ktorych mowa byla wczesniej sa dla mnie nie do zaakceptowania, ze ona zrobi wszystko zeby dali mi znacznie wiecej, bo przeciez zuzywam swoj sprzet itd... na moje "lekkie" zdziwienie, dlaczego tak sie stara zebym byl zadowolony, skoro nawet jeszcze nie pracuje dla nich, powiedziala cos, co w zasadzie juz wiedzialem ale nie odczulem tego dotad na sobie... "jak Ty bedziesz zadowolony z pracy, ja bede bardziej zadowolona z Twojej pracy, niz gdybys mial jakiekolwiek zastrzezenia do warunkow" czyli stara prawda - "happy crew = good crew", tylko czemu u nas sie tego nie stosuje...

Wlasnie poznalem IT managera, zakrecony koles, maja tu WLAN a on o tym nawet nie wie, strasznie sie zdziwil jak mu powiedzialem , a moze nie do koca zrozumial chinczyk, a jak pokazalem to mu sie rozjasnilo ale pozostal zdziwiony, no nic, zalogowac sie nie mozna, ciekawe, ich wewnetrzna siec kablowa mnie nie przyjela, trzeba czekac na uprawnienia, tylko ze jak ten "manager" ma mi to zrobic to sie chyba nie doczekam, a w domu modem 56k, paranoja - koniec swiata w rzeczy samej, ponoc maja dac tu cos do zjedzenia, no dobrze by bylo bo rano tylko bulke wciagnalem i kawe... kurde korki jak cholera, 45 minut jazdy a tylko 30 km, ale i tak ruch odbywa sie w miare plynnie, jeden korek bo woda wylewala sie z hydrantu na ulice, a drugi bo sie samochodzik zmielil na zakrecie i policja droge zamknela

 

22.02.2005 - 15:02
maile dzialaja, wszystko dziala, zycie staje sie piekniejsze, na horyzoncie  $$$...

 

21.02.2005 - 23:44
a moze mi sie tylko wydaje ze tu jestem... mialem wczoraj kosmiczny sen, wlasnie do mnie wrocil, tyle ze w realu...

MATRIX HAS YOU.

cykady doprowadzaja do szalu, wino ma plastikowy korek, gniazdka 3 ukosne szparki, czy mozna jezdzic rowerem po wodzie?, a moze to byl kajak... zycie to zagadka... chyba juz zasne...

 

21.02.2005 - 17:51
dla chetnych wrazen estetycznych bardziej niz suche, nieobrobione foty relacyjne, przygotowalem kilka zdjec, ktorym poswiecilem troche wiecej uwagi, niektorym troche za duzo chyba, ale to pozostawiam Wam do oceny, wiec tak, co nalezy zrobic zeby doswiadczyc olsnienia artystycznego macka steca... nalezy udac sie niezwlocznie na www.maciejstec.com, po czym przejsc na galleries potem tripphotos i tam duze formaty fullscreenowe, aa co do naturalnych klimatow, ptaszki walone niestety z reki przy 350mm x crop 1.6 co daje 560 + nierowny oddech, 40st C... tesknie za statywem... no dobra, nie bede sie tlumaczyl, sa jakie sa, mi sie podobaja, innym nie musza:-), slowo wyjasnienia, mail na .us nie dziala, h.. wie dlaczego, chwilowo, mam nadzieje do odwolania, dzisiaj dopiero dostalem sie do maila .com'owego od 8.II, tez h... wie dlaczego nie dziala, wiec odpisywalem na.... "troche" maili, jak zaczna dzialac dam znac, na razie znane Wam pozostale komercyjne maile dzialaja, prywatne sie zbiesily....

moi "mates" jak sie tu mowi, z dnia na dzien staja sie coraz normalniejsi, chyba sie do mnie przyzwyczajaja, dzis zrobilem wloskie zarcie (supermarket rulez!!) i wszyscy jedlim i pilim i smakowalo... tak sie zastanawiam czy furami nie zaczac handlowac, dzis "przypadkiem" mialem oferte na moj zlom "lekko" przewyzszajaca kwote ktora bylem zaplacilem, tyle ze zostalbym daleko od komunikacji z niczym, ale tak mnie ruszylo, skoro kupno-sprzedaz samochodu jest tu dziecinnie prosta to czemu, majac dobra reke, nie wykorzystac tego i nie zrobic paru setek, jutro skocze do backpackersowego autohandlu i zobacze jakie nastroje, moze sprzedam/kupie, tym bardziej ze moj zlom cos z rozrusznikiem ma, bo zapala jak mu sie chce, niech kurde wreszcie jakas kaska wplynie, bo musze skoczyc na calodzienna wyprawe na Coromandel zobaczyc troche tej wyspy z dala od miasta i potem Bay Of Islands jeszczekoniecznie, nie mowiac juz o poludniowej wyspie, ale to chyba jak urlop dostane :-), na razie, wszystko co da sie zobaczyc na piechotke...

 

21.02.2005 - 10:49
kwestia nazewnictwa plikow rozwiazana, instrukcja sie klania, przestrzen kolorystyczna... a przy okazji niech mi ktos wytlumaczy roznice miedzy sRGB a AdobeRGB... jak to niedobrze nie miec stalego dostepu do internetu...

 

20.02.2005 - 17:34
leniwe popoludnie w domku, po objechaniu polnocno - wschodnich plaz Auckland stwierdzilem ze trzeba pojechac na kazda ktora jest na mapie, wszystkie sa tak rozne, od typowo "komercyjnych" z milionem ludzi, samochodami typu Ferrari czy Aston Martin, poprzez zaciszne oazy artystow, majacych domki malutkie na zboczach schodzacych do oceanu i siedzacych "stadnie" przy sztalugach i malujacych landschafty, az po zupelnie dzikie, nieodwiedzane, tym bardziej piekne, bo spotkac tam mozna jedynie roznego rodzaju ptactwo, jest pieknie, jest pieknie, w nocy pada, w dzien swieci slonce, idealny uklad, choc generalnie pogoda chyba zaczyna sie psuc, jesien idzie... aa, moze mi ktos powiedziec dlaczego aparat zaczal mi w pewnym momencie nazywac pliki _MG_xxxx zamiast IMG_xxxx ???? ni z gruchy ni z pietruchy nagle mu sie odmienilo... troche mnie to wnerwia...

 

19.02.2005 - 17:24
nie no ludzie weekend jest, dajcie spokoj, festiwal wina i zarcia w Devonport, bedzie sie dzialo, oj bedzie sie dzialo, ide z flatmate'ami na impreze.... to na razie...

 

18.02.2005 - 16:04
dzisiaj wyprzedzalem samochod firmy projektujacej wnetrza... czy to znak? moze wrocimy do projektowania, kto wie, tel mam, adres tez, sie zobaczy, poza tym nic nowego... + troche czasu w rezerwacie....

 

18.02.2005 - 10:03
no, agencja reklamowa sie odezwala, fotoedytor, moze byc na poczatek :))) czyzby to co lubie, zdjecia i komp?

 

17.02.2005 - 19:16
dzis trzecia czesc objazdu, kolejne 7 pol, dwa miejsca do ktorych mam wrocic i 3, ktore wziely namiary, ale ich nie licze bo to jakby: "don't call us, we'll call you", czyli spadaj...

 

16.02.2005 - 20:31
moi wspol wrocili, dziwne to zachowanie, siedze sobie w pokoju, wchodza, laza po domu ani czesc ani pocaluj mnie w dupe..., no, przylazl pogadac... alez mi milo...

16.02.2005 - 14:56
dzis czesc zachodnia poludnia miasta, nadal nic, a w domu sielanka

 

15.02.2005 - 16:45
no to zaliczylem 4 kluby golfowe, na razie bez sukcesu, w jednym mam sie zglosic w piatek, w drugim we wtorek, do trzeciego mam wyslac papiery, a czwarty tylko dal mi namiar do NZPGA..., w jednym, Howick, pieknie polozony, na polwyspie, wysoko nad oceanem, kobieta byla bardzo za, tylko za malo wladna, wiec do piatku ma mi dac odpowiedz, reszta bez rewelacji, nestety managerem klubu najblizej mnie jest pan ktory niespecjalnie chyba jest sklonny do rozmow, powiedzial wprawdzie zebym wpadl za tydzien ale cos malo mu wierze, no i nie polapal sie w mojej wizytowce, wiec chyba malo kumaty, to taki test, kto widzial to wie.

 

14.02.2005 - 15:25
no to trzeba bylo sie rozejrzec po okolicy, poszedlem do rezerwatu Waiatarua, no niesamowita sprawa, w srodku miasta, jakies 100 ha zieleni, bagien, mnostwo ptactwa, czaple, kaczki, jakies inne, blizej mi nieznane, rewelacja, trzeba tu przyjsc wczesnie rano, co kawalek punkt obserwacyjny, lekko zamaskowany, w sam raz na focenie, co tez uczynilem :-))

ojciec kolegi mojego nowego wspollokatora, jest podobno managerem jednego z pol golfowych w Auckland, moze cos sie zalatwi, a BTW, wynalazlem na lokalnej mapie miasta, ktora zanabylem droga kupna na stacji benzynowej, 25 pol golfowych tylko w obrebie miasta, z czego okolo 10 znajduje sie dosc blisko mojego nowego mieszkanka, dosc blisko, czyli w promieniu mniejszym niz 15 km, jutro objazd...

 

13.02.2005 - 17:17
mam nowe mieszkanko, dzielnica wreszcie spkojna, maly domek, symaptyczny koles - australijczyk, jego dziewczyny jeszcze nie poznalem, wraca jutro skadstam, najlepsze ze domek znajduje sie w bezposrednim sasiedztwie pola golfowego Remuera Golf Course, rozdziela nas tylko rezerwat Waiatarua, a to wszystko 15 min samochodem od centrum, btw, wczoraj w centrum cos niesamowitego sie dzialo, masa ludzi, sama mlodziez wszyscy darli japy do 2 w nocy, parking na noc kosztowal mnie $16... dobrze ze juz mnie tam nie ma... w miedzyczasie pojechalem sobie zwiedzic okolice i spotkalem ciekawa parke na parkingu widokowym, pan 64, holender od 24 lat mieszkajacy w NZ, pani, australijka, jezdza sobie campervanem po NZ, na polnocy maja posiadlosc, zapraszaja chetnie, bo podobno jestem mily czlowiek, hehehe, moge u nich mieszkac za pomoc przy budowie domu, na razie wzialem tylko telefon, poszukam czegos bardziej ambitnego, ale generalnie byli bardzo mili, wiecej o moim nowym domku, mam duzy pokoj, szafe, lazienke tylko dla siebie, a parka ma w living roomie sprzet AV jakiego nie widzialem, tez do dyspozycji, wiecej, jest ogrodek z grillem i ....... basen, malutki, o nieregularnej linii brzegowej, ale jest, caly domek czysciutki, mieciutki, dostalem miejsce w szafce na jedzenie, polke w lodowce, wszystko jak nalezy, maja tu nawet interneta wiec nie powinno byc juz klopotu z kontaktem, a to wszystko za polowe tego co placilem w centrum, znowu wraca mi optymizm, nawet w pobliskim centrum handlowym najadlem sie na sztywno za $7, pyszne chinskie jedzonko... a potem zrobilem zakupy, nie wiem na jak dlugo, troche na obiady, troche na sniadanka i $100 poszlo... reszta pozniej....

 

12.02.2005 - 21:05
pamietny dzien to bedzie, kupilem fure :-), stara (1991) Toyota Corona Mark II (tak tak koledzy od Canonow, to chyba znak :-))), cos pomiedzy Carina a Camry, duze, ale chyba ok, diesel, automat i jaki ma sliczny praktyczny kolor.... bielutki, looks pretty gay, but is OK... jezdzi, to najwazniejsze, kupilem auto - kupilem problem - w centrum wszystkie parkingi platne $4/h, paranoja, i wez to gowno teraz postaw gdzies na noc..., na szczescie jutro przeprowadzam sie do dzielnicy o mniejszym nasileniu postojow platnych, moze nawet bedzie OSP, czyli off street parking, czyli zwyczajnie podworko, ale za to jak ladnie brzmi i w ogloszeniu dobrze wyglada, dwa slowa o sprzedajacym... Irak, Ala Ali - Ph.D., a jaaak, pracujacy zreszta pod jakims polskim profesorem do ktorego dostalem kontakt, na pierwszy rzut oka zlamanego grosza bym za niego nie dal, (oni wszyscy wygladaja tak samo), ale przy blizszym kontakcie  rowny gosc, mieszka w NZ ponad 5 lat, teraz wyjezdza do australii, lepsza placa dla lekarzy, sporo mi opowiedzial i sporo poradzil, generalnie, jak uslyszal ze obawiam sie o swoj angielski wysmial mnie pod niebiosa pokazujac zawartosc jelit od gory, podobno nie mam sie o co martwic, no coz, nie on pierwszy wiec chyba faktycznie, temat zamkniety, dzwonilem w kilka miejsc w poszukiwaniu mieszkania, tym razem jako "flatmate", jest dobrze, jutro jezdze i ogladam chaty w roznych dzielnicach, jezu, co by bylo gdybym tego samochodu nie kupil, to miasto ma 80 km dlugosci i 20 szerokosci.... nieee, no poradzilbym sobie, ale tak wygodniej, zajechalem na Shell'a, zalalem ropki za $20 i mam troche spokoju, tu jest pieknie, samochod mozna kupic w 10 minut ze wszystkimi legalizacjami w jednym miejscu, wszystko w centralnej bazie danych, historia samochodu, pochodzenie, zmiana wlasciciela - no problem, adres - z sufitu, ubezpieczenie - prosze bardzo - troche drogo $160/3mies, generalnie cala impreza z samochodem wyszla mnie $1335 - dobry wynik, uwazam, z auta zszedlem z 1400 na 1140, 160 - ubezp, 35 - legal check, przekazanie kluczykow i good luck....
powiem tak, jazda lewa strona to jak na razie najbardziej stresujace wydarzenie tego wyjazdu, moze poza impreza z bankomatem,... a wlasnie, za chwile..., szczegolnie w miescie, tym bardziej ze maja kika dziwnych przepisow odnosnie pierwszenstwa na skrzyzowaniach... jedziesz glowna, skrecasz w lewo i musisz ustapic temu co jedzie z przeciwka i skreca w ta sama co ty, czyli w swoje prawo, no i jaki to ma sens? ale tak jest i trzeba sie przyzwyczaic, no i wlasnie, zapomnialem, dzisiaj kolejna przygoda z bankiem..., sie spotkalim, pojechalim co city mall, ide do bankozlomu po kase a bankozlom mowi F.Y.... card not accepted, ok  F.Y. To i twoj bank tez... ide do innego, transaction denied..... !!!! nawet 100 nie chcial wypluc, wreszcie po obejsciu wszystkich poszedlem do oddzialu banku, pytam panienke co jest, czy moze mi to sprawdzic..... no coz, moze Pana bank ma jakies klopoty... i wtedy mnie olsnilo, byla godzina 12:30, czyli w polsce polnoc i troche, no i oczywiscie Inteligo ma przeciez przerwe w dzialaniu, w zyciu bym na to nie wpadl zeby w srodku dnia bank nie pracowal, noo tak ale co dla jednych jest dniem, dla innych srodkiem nocy, dobrze ze mi bankomat kart nie zablokowal tyle razy go meczylem, to bylby numer..., o 13:00 bankozlom zaczal ladnie wypluwac pieniazki.... ale wierzcie mi, taka sytuacja na drugim koncu swiata nie jest fajna, wszystkie karty, wszystkie banki i nic.... dobrze ze mam jeszcze pare USD w gotowce to w razie, tfu, powaznej awarii, mam za co jesc... zalozyc konta podobno nie moge, jak mnie przy okazji zapytana panienka poinformowala, bo musialbym miec w planie conajmniej 6 miesiecy pobytu i wize na tylez, sprawdze to pozniej, no dobra, jutro check-out z apartamentowca przy Fort Street i jedziemy do mieszkanek w dzielniach willowych, sie kurde rozbijam....

 

11.02.2005 - 22:10
leje, poprostu zapier....la z nieba woda, ulice jak rzeki, ale na szczescie siedze sobie w pokoju, vis a vis jest impreza, pedaly nie maja co robic, siedza na tarasie z lornetka i zagladaja ludziom w okna, powaznie, moze tu sie tak wlasnie ludzie bawia na imprezach, nie wiem.... ale na szczescie mam swoja muzyczke, wlasnie zapuscilem Led Zeppelin i jest mi dobrze, a i okazalo sie ze moj telefon ma jakas blokade, wydaje mi sie ze simlocka zdejmowalem ale moze nie w tym , cholera nie pamietam, w kazdym razie tutejsza karta sim vodafone nie ruszyla, trzeba bedzie pokombinowac z kabelkiem i sofcikiem do flashowania romu w Nokii, ale to jutro... piwa bym sie kurde napil, polskiego, chociaz szczerze musze im (Kiwusom) oddac ze piwko maja tu calkiem calkiem, lokalne jakies z tutejszego browaru jest bardzo przyjemne, szczegolnie odmiana ciemna, cos jak Kilkenny, pychotka... aaa i tu tez sa "nasi", ktos mi zapieprzyl szampon z prysznica, zapomnialem po kapieli i po godzinie jak po niego poszedlem juz go nie bylo, zdziwilem sie niezmiernie, myslalem ze tu takie numery nie odchodza, no jak widac jednak owszem, kupie sobie nowy, tym bardziej ze Head&Shoulders mi nie lezy :-)) a laptop wydaje sie wrocil do dawnej swietnej formy po mojej "kuracji'... dzis pojezdzilem sobie troche autobusem City Circuit, to jest takie fajne cos co jezdzi co 10 - 15 minut na jednej trasie objezdzajac wszystkie najciekawsze miejsca w centrum, za daleko to sie tym pojechac nie da ale ma jedna podstawowa zalete... jest free, sie wsiada, sie jedzie, sie wysiada, slam, bam, thank U md'm.... (jakos mnie tak naszlo sluchajac Xzibit - LAX), a i toto jest klimatyzowane a mocy ma jak czolg, poprostu start 747 to maly miki jak ten rusza spod swiatel, stac nie polecam bo sie rece odrywaja od drazka, siedzac bokiem jak w metrze tez nie bardzo, powinni tam pasy instalowac, szybkie, chlodne, niskopodlogowe i darmowe, czego chciec wiecej, moze zasieg maly, ale do jezdzenia po miescie w sam raz, szczegolnie ze to dosc "pagorkowate" miasto i czasem przejscie 50 m jest bardziej meczace niz kilometrowy spacer brzegiem morza.... oo, pedaly chyba skonczyly impreze bo ucichlo za oknem, niestety permanentnie otwartym, albo halas albo sauna, cos za cos... ide zobaczyc co slychac w "salonie dla gosci" mojego "hotelu", moze jakies ciekawe osobowosci beda... bis morgen leute...

aaa, a pedaly wygladaja tak: (jesli ktos sie rozpoznaje na zdjeciu to znaczy ze jestesmy sasiadami, niestety)

a ja sobie zrobilem stolik z szuflady i mam wygodne stanowisko pracy w ogolnym syfie...

 

11.02.2005 - 14:51
dzis poszedlem szukac tanszej akomodacji na wypadek gdybym nie mial jak sie wydostac stad na poludnie, no i tak za $180 tygodniowo, moge sobie wynajac przyczepe campingowa w Ponsonby (niedaleko centrum - jakies 5 przystankow linkowym autobusem), albo z $210/tyg pokoj/domek, cos jak domek w ogrodkach dzialkowych, oczywiscie o prysznicu i kiblu zapomnij, wszystko wspolne, zadzwonie jeszcze bo za $150/tydz. szukaja flatmate'a jakies dwie panienki, niewiadomo skad i blizej niewiadomo gdzie, napisaly tylko ze chca "male 25+" i maja "pervert cat" cokolwiek to znaczy, moze one sa pervert a ja mam byc cat, zobaczymy, w drodze powrotnej Car Market i znowu lipa, niby znalazlem jakas corolke z 90 roku 1.8D wiec w miare oszczedna i automat, bo jakos zmiana biegow na lewej stronie szosy mi sie nie usmiecha, ale chca 1900, po jakims czasie zeszly (3 panienki z izraela) do 1800, wzialem namiar i poczekam az zmiekna, zaproponowalem 1300 i widzialem jak spojrzaly po sobie z wahaniem wiec pewnie zmiekna... fuksiary mieszkaja u jakiejs rodziny ktora przyjmuje izraelska mlodziez, niestety tylko izraleska, nie ma takich miejsc dla polskiej "mlodziezy"? chyba dam ogloszenie: "mlody, bezproblemowy, pozna pania 25+ w celu zamieszkania" :-))))) nawet ze polak moge napisac, ludzie reaguja z reguly pozytywnie, no i co tu kurde robic, papiery gotowe, listy motywacyjne napisane, tylko trzeba z nimi jakos gdzies pojechac, tu nie LA niestety gdzie pola sa w centrum miasta, tu sa raczej za miastem, gdzie komunikacja nie dociera, chyba najpierw wskocze do NZ Herald'a, a noz... bo jakos agencji foto tu nie widze, oglaszac tez sie nie oglaszaja, poszukam jeszcze jak sie wepne w inter. zeby sie tak gdzies wpiac do sieci za darmo......, niee, tu nie ma nic za darmo, to tylko w Warszawie co druga wieksza firma ma WLAN niezabezieczony i mozna surfowac z lawki na parkingu, tu sprawdzalem juz chyba wszystkie banki i wieksze biurowce i owszem, sieci sa, ale dostep dla mnie nie do przejscia, za cienki jestem w te klocki... a zeby cos zciagnac z sieci coby pomoglo sie wpiac to trzeba miec do niej najpierw dostep i kolko sie zamyka.... a jedynym operatorem HotSpotow jest REACH i wszedzie platny $8,5/h, ok dosyc trucia, cos sie znajdzie, cos sie wymysli, po to sie ma leb zeby myslec, w razie czego pojade na jablka do Napier :-)), a by the way, mamusiu :-)), tu sie nie da zrobic samemu obiadu za 5 zl, tu jedno jablko kosztuje prawie dolara, nie kilogram, jedna sztuka... jak kupilem substraty do 2 obiadow to zaplacilem ponad $20, zdrowa zywnosc, kolba kukurydzy, litr mleka, buleczki, serek i takie tam pierdoly, kitajec nabil... "twenty three dollars sir"... niech Cie, zdzierco przebrzydly, na 3 dzien poszedlem na pozywny kebab za $7, a kebab jest tu mniam, pozywny i smaczny, zapity coca cola jest niezastapiony :-)) na prowincji bedzie lepiej, zawsze mozna komus ogrodek zagrabic za jabluszko :-)))) ok ide w miasto, szkoda dnia, bye bye...

 

10.02.2005 - 23:34
zanim wyjade z tego miasta chcialem zobaczyc je ze SkyTower, wiec udalem sie, za jedyne $21 w co wliczona byla wizyta na SkyDeck czyli najwyzszej platformie widokowej - 220m nad miastem i ogladalem, ogladalem i ogladalem, faktycznie wielkie jest to miasto, rozlegle bardzo, tylko 1.3mln ludzi, ale powierzchnia imponujaca i znow okazalo sie ze zycie w tym miescie i w tym kraju bez samochodu jest raczej upierdliwe, wiec jutro znowu Car Market, moze cos sie uda... na Sky Tower, czekajac na zachod slonca godzine (kurde ktos mi powiedzial ze trzeba tam isc o 19 zeby to zobaczyc, a gowno prawda, slonce schowalo sie o 20:15), poznalem pare australijczykow i amerykanke i tak sobie siedzielismy gadajac o dupie maryni, okazalo sie ze wszyscy mieszkamy w hoStelach marnej jakosci, australijczycy sie zmyli po zachodzie, z amerykanka poszlismy cos zjesc do mariny, kobieta z Seattle/Washington, mowi ze tu fajnie bo u nch pada przez 300 dni w roku, jutro plynie, czy jedzie do Bay Of Islands, zazdroszcze, podobno pieknie tam, a aktualnie pracuje w Sydney przy jakichs badaniach geologicznych, zbiera dane z probek ziemi i tworzy baze danych, "pasjonujace".... pogadalim i poszlim kazde w swoja strone

 

10.02.2005 - 14:08
dzis kolejna chwila grozy, poszedlem do kafeji, po raz drugi, szukac domku, adresow, pracy, samochodu i dupa, laptop nie odpala, moze to nie problem wagi panstwowej ale tak: relacja skonczona, zdjecia po zapelnienu kart CF - tez koniec, chyba zebym kupil jakiegos databanka, ale fundusz mam i tak ograniczony wiec niechetnie, wrocilem do pokoju wnerwiony, odpalam i jest jeszcze gorzej, dysk instalacyjny windows w napedzie i stystem sygnalizuje brak dysku twardego, reset... bios... no hard disk detected... !!!!!!!!! no to lipa... gowno, dupa, siki... i teraz co, serwis? zabule jak za zboze... ok trudno, zrywamy naklejki gwarancyjne, moze mu sie od noszenia styki poluzowaly, wykrecilem co sie dalo, wyczyscilem, przedmuchalem.... oto twoja chwila prawdy.... power ON.....Windows Xp WELCOME.... uffffff.... tego mi brakowalo jeszcze, zeby kontakt stracic, jasne, zawsze mozna maile przez web odbierac, zdjecia na plyty zgrywac gdzies za kase, ale kurde nie po to ta cegle bralem zeby byla tylko cegla
ok, ale mialo byc o czym innym, bylem na Car Market gdzie backpackersi sprzedaja samochody innym backpackersom, a ze sie lapie w ta kategorie to poszedlem poszukac i kurde mam dylemat, jako taki najtanszy samochod, trzeba liczyc $1400 + ubezpieczenie jakies $150, jest druga opcja, VAN za jakies $2500 i mam w razie czego gdzie przekimac, jak pojade na poludnie w poszukiwaniu roboty, prysznic na parkingu i mieszkanie za darmo, nie wiem, cos musze kupic bo komunikacja miejska raz ze droga a poza tym nie dowozi w miejsca mnie interesujace, nie wiem, znowu znizka formy po wczorajszej euforii, poparzenia daja sie we znaki, trzeba sie ubierac pelniej, to z kolei nie daje zyc bo sie czlowiek topi, miasto mnie znowu przytlacza, trzeba stad spieprzac, naladowac baterie gdzies w spokojnym miejscu, dzis przygotowuje papiery, jutro drukowanie, znowu Car Market, w sobote Carfare, cos jak nasza gielda samochodowa, a jak nie to... nie wiem, w niedziele checkout i w trase, nie wiem jeszcze dokad, chyba zgodnie z planem Coromandel, kilka pol golfowych, po drodze tez... zobaczymy
nie wiem czy i kiedy to wrzuce, a jak wrzuce to nie wiem kiedy znowu zaktualizuje, pisac bede w kazdym razie codziennie, 3mcie sie, a, na zyczenie mojej mamusi rozjasniam tekst :-)

 

10.02.2005 - 10:47
powiem tylko tak, poparzenia sloneczne z polski jakie kiedykolwiek mialem, maja sie nijak do tych tu, filtr 30 okazal sie za slaby, a w miejscach gdzie nie dotarlem a slonce owszem... noc byla piekna..., dzis miasto w cieniu i szukamy nowego mieszkania i roboty, najgorsze ze laptop zaczyna miec humory... mam nadzieje ze to nic powaznego.

 

09.02.2005 - 20:52 - TVN 24 (bez komentarza)

 

08.02.2005 - 20:16 - internet cafe
no i nie bylbym soba gdybym po polowie dnia w goracym autobusie nie wlazl pod prysznic, a potem pojechal tam gdzie mialem jechac jutro, wiec bylem... Mission Bay.... mmmmmm...... pieknie, foty jutro bo jeszcze gorace w plecaku kolo mnie, ale pieknie, 20 min autobusem i piekna plaza, (troche ciemny piasek) i szmaragdowa woda, zupa wrecz, cieplutko, bardzo cieplutko, ciekawe czy jutro bede umieral od slonca, bialy jestem jak sciana, wygladam jak anglik arystokrata spod parasola, ale lapie kolory, powoli, do maori jeszcze mi daleko ale "idzie ku lepszemu".... ok wrzucam i spadam, do jutra!

 

08.02.2005 - 15:04
dzis wreszce w Auckland piekne slonce, wrzucilem sie w darmowy autobus po miescie z przewodnikiem po najciekawszych miejscach, faktycznie tu pieknie, poza miastem znacznie lepiej niz w centrum, jutro Mission Bay, troche slonca sie przyda, poznalem na dzisiajszej wycieczce dwie babki, angielka ze swoim kretynskim "pardon?" i amerykanka z Boulder w Colorado, pocieszyly mnie, obie nie byly w stanie zrozumiec naszego przewodnika, koles pewnie w moim wieku, moze mlodszy, maorys, ale oni maja tak silny akcent ze tego kurde "nie idzie zrozumiec", ale jak sie okazuje nie tylko ja wiec ok, po godzinie jego gadania zaczalem lapac za sivin znaczy po prostu seven a olrajti to allright, mi to przypomina irlandzki, albo gadanie cyganow z filmu Snatch... ciezko sie plapac, zreszta zmienniczka maoryskiego przyjaciela z recepcji tez zapieprza w tym ichnim angielskim, no ale busa mi zarezerwowala wiec chyba pojela co do niej mowie, tylko ja jej nie rozumiem, chociaz nie, wytlumaczyla mi jaki autobus jedzie do Mission Bay wiec nie jest zle, zaczynam sie przyzwyczajac, jeszcze z tydzien i startuje po robote, zajezdzajac kiwi akcentem :-)

 

07.02.2005
no, jak widac internet znalazlem bo wrzucilem to co wrzucilem, przeszedlem sie potem do Albert Park, niesamowicie, zagadal mnie starszy pan spragniony towarzystwa, opowiedzial troche o miescie, okazalo sie ze urodzil sie w Norwegii, ale przyjechal jako dziecko z rodzicami tu... potem Guiness w malej knajpce w bocznej uliczce, boczne male uliczki sa piekne, zupelnie nie jak na Queen Street, wystarczy odejsc w bok i zaczyna sie inny swiat, zyje innym zyciem ale zolto nadal jak bylo tak jest tylko barman rozumie co mowie, bo pan skosny w sklepiku nie mial pojecia co to shampoo...

 

07.02.2005
wciaz nie moge znalezc internetu, pelno kafejek ale nie WiFi a nie daja sie wpiac w kabel, mialem zrobic trip around the city, ale cos sie rozlalo na ulicy, zamkneli 3 przecznice i bus nie dojechal, ok zrobie jutro, kupilem sobie converter na NZ gniazdka i wreszcie mam prad, ladujemy bateryjki, zlapalem jakas siec w pokoju, ale kurde platna $8/godzine i trzeba sie gdzies rejestrowac telefonicznie... dupa, jutro objade miasto, ale po tygodniu ktory oplacilem chyba spadam z tego miasta, musze kupic jakis zlom, bedzie lokomocja i w razie czego spanie, jade chyba na poludnie, Coromandel najpierw, chyba ze tu cos jeszcze sie wykluje, trzeba zaczac zarabiac... w LA bylo kolorowo, ale tutaj jest zolto, w pokoju obok mam Yakuze, koles 140cm i 90kg, lysy, broda, ale okazalo sie mily, pogadalismy, przyjechali surfowac, w pokoju jest z babeczka i jeszcze jednym kolesiem, ok

 

06.02.2005
no wlasnie 06, a nie 05... zgubilem sobote a rezerwacja od 5... bedzie problem, gorzej, nie chca mnie wpuscic do NZ, jakis indyjski imigrant mowi mi ze nie moge wejsc bo moja wiza jest niewazna, no to zadyma, zadyma skutkuje i po 30 minutach telefonow i roznych coraz wyzszych urzednikach wreszcie dostaje pieczatke do paszportu - permitted, uff.... Auckland... hmm, pizdzi, pada, duszno, parno, choc wcale nie goraco, plyne, mimo T-shirta plyne, w butach piec chlebowy, masakra, jetlag daje sie coraz bardziej odczuc, w samolocie nie spalem, aaaa turbulencje jak cholera akurat jak podali zarcie, zabawa na calego, ja na szczescie zdazylem zjesc i wypic, pasazer obok nie... well... troche sie zmoczyl, ok wracamy, wysiadlem no to w autobus, jest autobus, $15 i jestesmy w centrum po 20 km jazdy, za kazdym razem jak skrecal pytalem czy to juz Fort Street, wreszcie chyba sie wnerwil, spojrzal na mnie... "I'll tell U when we'll get there, OK?" w domysle zamknij sie i siadaj, OK, czekam, po drodze Mount Eden, Sky Tower.... pieknie tu, choc nie do konca, ale chyba jestem zmeczony, ok, Your stop, sir.... juz juz, wysiadam... Adventurer w LA byl kiepski, ale to kurde byl Hilton w porownaniu z tym... jak na filmie, w recepcji wielki spocony Maorys (pozniej okazalo sie ze supermily, az nie wiem czy nie zbyt...) i oczywiscie jestem za wczesnie, bo jest 9:30 rano, wiec skladnica bagazu i w miasto, "Macjej, c'mon!", he? mam inny pokoj, troche mniejszy ale o $5 tanszy i jest juz gotowy... ok, zobacze, ......... .......... ....... otworzylem drzwi, nie otworzyly sie do konca, oparly sie o lozko, przy lozku okno, za oknem, na wyciagniecie reki klimatyzator sasiedniego budynku, pokoj 2x1,5m, w srodku poza lozkiem nic, ok poczekam na ten "ciut wiekszy" jezu co to bedzie... poszedlem do miasta, do przystani promowej blisko, wszedzie blisko, kawa i wracamy, pokoju jeszcze nie ma, zalegam na pachnacych kanapach przy recepcji gdzie lezy juz z 5 osob, spia, czytaja, h.. wie na co czekaja, czekam i ja, "Yo, Matt, key!", ok, jest pokoj faktycznie, zajebisty, 3,5x2, ale za to okno z widokiem na Sky Tower... powiedzmy... jest umywalka nawet, i cos w rodzaju szafy, tyle ze bez polek i wieszakow, ok fuck it, biore prysznic (30m korytarzem) i ide do ludzi, poczuc ulice, oj czuc.... Maori-man powiedz mi co tu robic, powiedzial, duzo powiedzial, jest bardzo milutki, chyba zarygluje drzwi na noc.... ide do miasta troche polazic no i pierwsze chwile grozy, mimo zw na LAX wymienilem pare dolarow US na dolary NZ to przyszedl czas na bankomat i dupa, zadna karta nie dziala, bylo mi goraco ale w tym momencie zlalem sie potem tak ze mi krew zgestniala... wszystkie karty po kilka prob i nic, super, mam 300 USD i koniec balu panno lalu... ale po chwili z zimna krwia wlozylem karte jeszcze raz, magiczna kombinacja klawiszy, kilka prob, wszystkie proponowane sumy, wszystkie proponowane rachunki (sic!) i jest, wychodzi 100 NZD - uff, ide spac...

 

04.02.2005
dzis poznalem dwoje sympatycznych ludzi, Julie - niemka 21, na wycieczce niewiadomo dokad, byla w NZ, next stop San Francisco i Daniel - australijczyk 21, cos podobnego, next stop Sydney - dom, przez Auckland wiec lecimy tym samym lotem, ale powoli, najpierw dzien. Wykupilismy sobie VIP Tour dookola LA, $48 ale warto bylo, zdjecia glownie niestety z pokladu busa, ale trudno. LA - moglbym tu mieszkac, chociaz chyba jednak jestem rasista... a roznych kolorow jest tu... wiecej kolorow niz bieli... ale mozna sie przyzwyczaic, tylko zarcie jest paskudne, nawet wloskie minirestauracje nie daja wloskiego jedzenia tylko jakis papierowy pasztet... Wracajac odlaczylismy sie od wycieczki bo Daniel musial odebrac swoj bilet w Santa Monica i bardzo dobrze, zaliczylismy zachod slonca na bulwarze w SM i potem do naszego hostelu po rzeczy i na lotnisko, 21:45 wylot i tu pierwszy nowozelandzki problem, moja wiza okazala sie wazna do 5.05.2002 roku a nie 2.05.2005, czyli wygasla zanim zdazyla zostac wydana... ale po telefonie gdziestam pani wypuscila mnie z USA i nightflight z Air New Zealand, jedzonko lepsze niz w Lufthanzie, tyle na dzis, jutro Auckland...

 

03.02.2005 - 20:10
jestem wiesniakiem.
z kilku wycieczek "fakultatywnych" wybralem Venice... plaza, slonce, ocean.. zamiast pojsc do shopping centre czy innego city mall, pojezdzic po Bel Air i Beverly Hills i zobaczyc "domy gwiazd" jak to tu reklamuja, polazlem na plaze i siedzialem tam caly dzien, woda okolo 16-18 st. nikt sie nie kapal... teraz juz wiem po co tu przyjechalem, troche przeszkadzaja helikoptery i samochody jezdzace po plazy, ale dzieki temu czulem sie bezpieczny, wystarczylo zeby kobieta pojawila sie z pieskami na plazy za minute byl przy niej patrol ratowniczy i grozil mandatem (foty) - to mi sie podoba, promenada pelna "lokalnej" sztuki, hawajczycy, jamajczycy, mexykanie, wszyscy, sprzedaja, popisuja sie... nikogo nie dziwi tu facet jadacy na deskorolce i jednoczesnie grajacy na saksofonie... wszedzie czuc trawe, tylko Bud kosztuje ponad 3 dolce...tancerze na wrotkach... deskorolki, patrole policyjne na rowerach... slowem LA. jutro chyba to powtorze, a moze mall... nie wiem.. kormorany, mewy wielkosci bullteriera i wszedzie usmiechnieci ludzie, a i mily akcent, przy kupnie piwa w barze zostalem poproszony o ID :-))))) wygladam na -21. no i wiem juz ze jest to dla mnie motoryzacyjny raj, ilosc terenowcow, pick-up'ow powala, sliniki pieknie mrucza...

 

02.02.2005  18:53 - wybaczcie bede poslugiwal sie lokalnym czasem
Hostel jest jaki jest, jest basen nawet ale smierdzi wszedzie chociaz na pierwszy rzut oka wyglada niezle, karaluchow nie spotkalem, wybralem sie na Hollywood Drive oczywiscie nie wytrzymlem i pojechalem do Samy's po zakupy, no i pieknie, dostalem takie discounty jakich sie nie spodziewalem, obkupilem sie i od dzisiaj relacja bedzie wzbogacona, piwo maja tu za dolara, Bud z beczki... zyc nie umierac.

jutro chyba wybieram sie do Venice Beach, maja tam darmowy autobus, zawozi i odbiera, mialem do wyboru jeszcze Universal Studios, ale 80$... a w Venice moze pofoce, oczywiscie dzisiajsza wycieczke w obie strony odbylem cab'em jedna murzynska, druga staruchowa, obie niegadajace, zupelnie nie jak na filmach, musialem ich za jezyk ciagnac i okazalo sie ze moj kolorowy przyjaciel jest z Bahamow... "my brotha" jak do mnie zagadal... aaa i widzialem napis HOLLYWOOD, niestety jeszcze bez aparatu, moze jutro...

 

02.02.2005 - 13:08 / 4:05 Pacific time -8
no to siedze w jumbo 747-400 FRA-LAX nuda jak cholera, gdzies nad Reykjavikiem, podaja plastikowe zarcie, chociaz wszyscy bardzo mili, leci sie jak businness class, co drugie miejsce wolne, ale i tak nudno, turbulencje sa jedyna rozrywka, moj znajomy z miejsca obok jakis niegadajacy, chyba amerykanin, chociaz zagadal po niemiecku, jak to we Frankfurcie :-), Baileys wchodzi ladnie, winko tez maja niezle, nic tylko pic i spac, ale spac sie nie da przy tym huku silnikow.... to juz piard 737 byl lepiej wyciszony, no nic, nie marudze, widoki piekne, tu u gory zawsze piekna pogoda,
10 000 m wysokosci robi swoje i mimo 900 km/h wydaje sie ze wleczemy sie w zolwim tempie, chmury z gory sa niesamowite.... top speed 1050km/h temperatura na zewnatrz -65 stC, wysokosc 13 000 m.

 

02.02:2005 - 9:18
No to Frankfurt... czekam na jumbo, juz po odprawie...

 

01.02.2005 - 05:11
Niestety na Okeciu nie maja WiFi, (albo nie znalazlem) wiec pogadac live sie nie da, paszport skontrolowany, jeszcze przed clem... nuda, do odlotu ponad godzina, ciagle w glowie siedzi mi jedna melodia... "leavin' on a jetplane, don't know when i'll be back again..." jakos mnie taki Armaggedon trzyma, a, ale zaczelo sie ok, w pociagu gdynia-warszawa mialem przedzial 6 miejsce 66... co dla tych co mnie znaja jest oczywista oznaka mojego generalnego fuksa. ok, nastukam pozniej, pewnie z Frankurtu.

31.01.2005
A dzisiaj jeszcze lepiej, torba wazy chyba tone, choc waga pokazuje ledwo 20 kg, za to plecak zamiast dopuszczalnych 6, wazy ponad 12...  nastroj lepszy, juz mi wszystko jedno, juz sie ciesze ze bedzie cieplo...

30.01.2005
Dlaczego, cholera, na 2 dni przed wyjazdem nie chce mi sie jechac...? Czy to tylko goraczka przed wyjazdem czy jakies cholerne przeczucie....? Spakowany, chyba wszystko mam, jak niewiele czlowiekowi jest potrzebne... mam nadzieje, bo za duzo nie biore... Chaos, w glowie pusto, pomyslow brak, lepiej zeby mi to przeszlo...